Mija 45 lat od podpisania Porozumień Sierpniowych, które zapoczątkowały narodziny "Solidarności". Lech Wałęsa - przywódca strajku w Stoczni Gdańskiej, pierwszy przewodniczący NSZZ "Solidarność", późniejszy prezydent RP i laureat Pokojowej Nagrody Nobla - w rozmowie z PAP wspomina drogę do zwycięstwa oraz dzieli się refleksjami na temat wyzwań stojących dziś przed Polską i światem.
Niebiosa mi pomagały, uratowałem powstanie Solidarności - powiedział PAP pierwszy przewodniczący NSZZ "Solidarność", b. prezydent Lech Wałęsa. Według niego, obecnie największym zadaniem jest odbudowa zaufania do demokracji. "To wyzwanie na dziś - i dla Polski, i dla całego świata" - zaznaczył.
PAP: Czy w sierpniu 1980 roku miał pan momenty zawahania, zanim zdecydował się stanąć na czele strajku?
Lech Wałęsa: Nie, ale uważałem, że jest trochę za wcześnie. Po lekcji z Grudnia'70 wiedziałem, że na wielu frontach musimy być organizacyjnie lepiej przygotowani, aby to wypaliło. Po drugie, moja żona rodziła wtedy córeczkę Anię. Nie pasowało mi to wszystko.
PAP: Co sprawiło, że mimo wszystko dołączył pan do protestujących?
L.W.: Obiecałem, więc klamka zapadła. Tak zostałem wychowany - trzeba dotrzymywać zobowiązań. Poza tym ja chciałem walczyć. Jako dziecko słuchałem starszych, którzy po śmierci Stalina w latach 50. przychodzili do naszego domu na wsi na dyskusje. Marzyli, aby skończyć z komunizmem i wyrwać się spod rosyjskiego jarzma. Wziąłem to sobie do głowy i pomyślałem: pójdę do wojska, zostanę generałem i obalę komunę. Takie miałem plany, ale trochę o tym zapomniałem. Później przyjechałem do Gdańska, przyszedł grudzień 1970 roku i nagle znalazłem się na czele strajku.
PAP: I wtedy przypomniał pan sobie dawne marzenia?
L.W.: Tak. Choć przegraliśmy, zrozumiałem, jak można wygrać. Pomyślałem: "Boże, daj mi jeszcze raz wrócić, a ja to rozegram inaczej". I Pan Bóg mnie wysłuchał - dziesięć lat później znów stanąłem na czele strajku.
PAP: Jak udało się panu dostać na początku strajku w sierpniu 1980 r. do stoczni?
L.W.: Do dziś podejrzewam, że Bogdan Borusewicz mnie wystawił. Ogłosił, że mam być szefem, a wokół byli agenci i podsłuchy. Bezpieka wiedziała, że mam prowadzić strajk i pilnowała mnie tak, że mucha by się nie przecisnęła. Przed drzwiami mojego mieszkania na Stogach dzień i noc ktoś siedział i czuwał. Chciałem wyskoczyć przez okno, ale pod domem stał milicyjny samochód, więc zrezygnowałem. Położyłem się spać. Kilka godzin później obudziłem się i pomyślałem, co ja powiem kolegom? Pożegnałem się z żoną i wyszedłem. Cud - nie zatrzymali mnie. Wsiadłem do tramwaju, a za mną trzech typków, obok auta bezpieki. Wysiadłem przy stoczni, poszedłem do bramy - jednej, drugiej - nie mogłem wejść. W końcu udało mi się wchodząc na drzewo, wskoczyć na mur i przeskoczyć na teren stoczni.
PAP: Jak to się stało, że nie został pan zatrzymany?
L.W.: Niebiosa mi pomagały. Po latach dowiedziałem się, że ci funkcjonariusze mogli mnie zatrzymać tylko do czasu przyjścia przełożonych. Potem musieli mieć ich zgodę. Decyzja o zatrzymaniu mnie się przeciągała, a ja w ostatnich sekundach wskoczyłem na teren stoczni i przejąłem strajk, który już gasł. Nie było nikogo, kto mógłby nim pokierować. Borusewicz wystawił tylko mnie, młodzi na miejscu nie byli w stanie tego udźwignąć. Tylko ja mogłem to poprowadzić. Uratowałem powstanie Solidarności. Gdybym wtedy nie wkroczył, wszyscy siedzieliby we więzieniach.
PAP: Czy stoczniowcy od początku darzyli pana zaufaniem?
L.W.: Miałem wyrobioną pozycję, doświadczenie, słuchano mnie. A ja chciałem spełnić marzenia: obalić komunizm i uwolnić się spod rosyjskiego wpływu. Aby to osiągnąć potrzebowałem tylko poparcia. Mój dramat polegał na tym, że nie mogłem o tym nikomu powiedzieć, bo skróciliby mnie o głowę. Na szczęście ludzie uwierzyli we mnie, dali się poprowadzić i dlatego zwyciężyliśmy.
PAP: Skąd brał pan przekonanie, że uda się zwyciężyć na drodze pokojowej?
L.W.: Intelektualiści mówili, że to jest niemożliwe i tylko wojna atomowa może zmienić tamten świat. Ja uważałem inaczej, a że byłem silny, to występowałem przeciwko wszystkim. Potrafiłem wykorzystać okazję i kiedy się pojawiała, realizowałem swoje plany. Widziałem, że komunizm i powojenny podział świata na strefy wpływów wyczerpały swoje możliwości, hamowały rozwój i trzeba to zmienić. Udało się, bo miliony osób mnie słuchały.
PAP: Jaka jest najważniejsza spuścizna Sierpnia’80?
L.W.: Wywróciliśmy stary porządek, żeby zbudować nową epokę. Europa poszła w dobrym kierunku, likwidując granice i wprowadzając wiele zmian. Pomyliłem się w jednym - sądziłem, że inne kontynenty pójdą w tę samą stronę, a one stanęły. To powoduje, że budowa nam trochę nie wychodzi.
PAP: Od czego powinni zacząć dzisiejsi liderzy, aby to zmienić?
L.W.: Teraz jest czas dyskusji i poszukiwania rozwiązań, by lepiej zbudować trzecią tysiąclatkę. Zadaniem obecnego pokolenia jest zebranie dobrych pomysłów i ułożenie ich w programy oraz struktury.
PAP: Co jest największym wyzwaniem dla polityków?
L.W.: Ludzie sukcesu, ludzie mądrzy olali politykę. Wchodzą do niej same odpady - ci, którym się nie powiodło. Dopuszczono głupców i mało kto jest tam wartościowy. Społeczeństwo przestaje wierzyć w demokrację. Kiedy nie było telefonów i internetu, ludzie ufali politykom, ale przestali, bo te środki obnażyły ich kłamstwa i oszustwa. Dlatego wybierają populistów i demagogów - Trumpów, Kaczyńskich, Nawrockich. Trzeba na nowo zdefiniować lewicę, prawicę. Wszystkie partie trzeba rozwalić i od nowa zorganizować.
PAP: I od czego powinniśmy zacząć?
L.W.: Od ratowania demokracji. To wyzwanie na dziś - i dla Polski, i dla całego świata. Ludzie tracą wiarę w demokrację, gdy widzą oszustwa. Trzeba odbudować zaufanie. Ja bym chciał budować i wiem, jak to robić, tylko nikt nie chce mnie słuchać.
PAP: To co pan proponuje?
L.W.: Aby system polityczny funkcjonował prawidłowo i zapobiegał powstawaniu autorytarnych rządów, do programów partii politycznych powinny być wpisane trzy zasady. Pierwsza: każdy lider powinien sprawować władzę maksymalnie przez dwie pięcioletnie kadencje. Drugi punkt to wprowadzenie zasady, że każdy polityk może być odwołany w dowolnym momencie, jeśli zebranych zostanie więcej podpisów niż liczba głosów, które uzyskał w wyborach. Po trzecie partie muszą być transparentne finansowo. Jeśli mnie nie posłuchacie i tego nie zrobicie, to ludzie podpalą Europę i świat. Nie będzie 500 lat życia na tej ziemi, przyślą nam Adama i Ewę i od nowa zaczniemy. A jeśli wprowadzicie te zasady, to za 15-20 lat demokracja wróci.
PAP: Jakie wskazówki miałby pan dla tych, którzy szukają sposobu na zakończenie wojny w Ukrainie?
L.W.: Polska miała trudniejszą sytuację - mieliśmy Związek Radziecki i Układ Warszawski - a jednak udało nam się rozbić stary system dzięki nowym metodom pokojowej walki. Świat o tym zapomniał i wrócił do czołgów, atomu i zastraszania. Pytanie brzmi: która koncepcja zwycięży - siłowa czy pokojowa, demokratyczna?
PAP: A jaka jest pana odpowiedź?
L.W.: Nawet jeśli teraz pomożemy Ukrainie wygrać, to za kilkanaście lat Rosja znów się podniesie i nasze wnuki będą musiały z nią walczyć. Dlatego powinniśmy pomóc Rosji zmienić jej system polityczny. Problemem nie jest tylko Putin, lecz cały mechanizm, który tworzy takich przywódców. Gdyby obowiązywały wspomniane przeze mnie zasady - kadencyjności, odwoływalności i przejrzystości finansowej - żadna dyktatura by się nie utrzymała.
PAP: Jak pana zdaniem w praktyce można doprowadzić do zmiany systemu politycznego w Rosji?
L.W.: Kiedy my walczyliśmy w Polsce, też nikt nie wierzył, że jest to możliwe, a udało się. Solidarność pokazała, jak osiągać sukces. Trzeba zastosować te same metody.
PAP: Zbliżają się pańskie urodziny. Czego pan sobie życzy?
L.W.: Przenoszę się do wieczności. Wykonałem swoje zadanie - obaliłem stary porządek. Boję się tylko, że moje zwycięstwo zostanie zniszczone. "Solidarność" i ja potrzebujemy pieczątki - potwierdzenia, że dobrze walczyliśmy. Jeśli kolejne pokolenie odniesie sukces, wtedy ta pieczątka przyjdzie. W przeciwnym razie będą mnie przeklinać, oskarżać, zrobią ze mnie agenta. Powiedzą: po co zniszczył tamten układ, a nie zbudował niczego trwałego.
Los wyznaczył wam, młodym, zadanie: zbudować nowy ład. Macie dziś największą szansę na pokój, rozwój i dobrobyt, ale musicie się zabrać do roboty. A najlepiej - żeby wam się chciało chcieć, piękny świat będziemy mieć. Nie wolno bać się problemów. Gdy jest ciężko, rodzi się nadzieja. (PAP)
anm/ par/
[ZT]47193[/ZT]
won14:48, 31.08.2025
w dupe sobie wsadż te demokracje ty esbeku
Dożynki Gminy Kolno 2025 w Czerwonem (fotorelacja)
Rolnicy są w tej chwili najbardziej uprzywilejowaną grupą zawodową: płacą bardzo niskie skladki do KRUS (do 50 ha przeliczeniowych- a więc 97% wszystkich rolników- tylko około 260 zł miesięcznie, a tymczasem najmniej zarabiający poza rolnictwem płaci do ZUS ponad 1000 zł ). Do samego KRUS państwo dopłaca 27 miliardów zł rocznie! Zdecydowana większość rolników nie płaci podatku dochodowego (minimum 12%) tylko dużo niższy podatek rolny. Rolnicy korzystają z preferencyjnej stawki VAT i są zwolnieni z podatku z dzierżawy ziemi. Do tego otrzymują nieopodatkowane dopłaty bezpośrednie z UE do ha (stawka podstawowa to ponad 480 zł do ha + 170 zł płatności redystrybucyjnej, a młodzi rolnicy jeszcze dostają dodatkowo ponad 250 zł do ha ), dopłaty do hodowli 20 sztuk np. bydła (320 zł za sztukę) czy krów (409 zł) czy niektórych upraw np. roślin pastewnych (430 zł do ha), ziemniaków skrobiowych ( 1580 zł do ha), buraków cukrowych (1250 zł do ha) itd. Nie jest więc źle. Tymczasem rolnictwo w Polsce wytwarza tylko około 3% PKB! 3%!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
koniec z KRUS
15:33, 2025-08-31
Wałęsa: uratowałem Solidarność, teraz trzeba ratować ..
w dupe sobie wsadż te demokracje ty esbeku
won
14:48, 2025-08-31
Historyk: Wałęsa jest traktowany jak tarcza strzelnicza
esbek fałszywa i gnida.
won świniaku
14:45, 2025-08-31
Gorszy sezon Żeglugi Augustowskiej
Lubię rejsy po tych jeziorach.
x
12:34, 2025-08-31