Zamknij
REKLAMA

Kolno i jego okolice w czasach zarazy. Jacek Karol Stachelski o dawnych epidemiach

12:16, 16.06.2020 | Karol Jacek Stachelski

Na zdjęciu cmentarz epidemiczny przy drodze Dzierzbia - Poryte (fot. Kamil Jarzyło)

Po wielu tygodniach przymusowej izolacji i wiadomościach o kolejnych zachorowaniach oraz ofiarach, spragnieni jesteśmy normalności. Ta powoli wraca. Okazało się, że mimo całej zaraźliwości koronawirusa, nie jest on aż tak straszny, jak większość znanych nam już chorób. Ale ostrożność będzie konieczna jeszcze przez dwa lata.

Skąd to wiem? Oczywiście, po analizie zapisów z naszej przeszłości.

Dawne epidemie

Epidemie z dawnych czasów, choć różniły się przebiegami, zasadniczo miały  podobny – od pojawienia się w kraju mijało kilka miesięcy do odnotowania ich w Kolnie, następnie epidemia uderzała z całą mocą w bardzo krótkim, mierzonym w tygodniach czasie i wygasała. Jednak rzeczywiste wygaśnięcie okresów epidemicznych trwało zazwyczaj właśnie około trzech lat. I tak samo, jak obecnie, znacznie większa liczba ludzi umierała z innych powodów, niż zachorowanie na szalejącą wówczas zarazę.

Grypa

Dawne epidemie nie pozostały przecież niezauważone. I choć o wielu z nich mamy szczątkowe dane, to o innych można całkiem dużo powiedzieć. Zwłaszcza o tych, które wybuchły w okresach pokoju. Bo niestety epidemia grypy hiszpanki, najbardziej podobna pod względem charakteru do obecnej, nałożyła się na czas trwania wojny, a miejscami i głodu.

Nazwę swą zawdzięcza temu, że wiosną 1918 r. wybuchła właśnie w Hiszpanii, skąd rozprzestrzeniła się stopniowo na cały świat. Na ziemie polskie dotarła jesienią 1918 r., a w Kolnie pojawiła się z początkiem października. Odróżniano ją od zwykłej grypy, zwanej wówczas influenzą, która już spowszedniała i nie budziła przerażenia. Hiszpanka jednak rozprzestrzeniała się epidemicznie, a chorowali na nią niemal wszyscy.

To była jej jedyna cecha odróżniająca od zwykłej influenzy, pozostałe, czyli zaziębienie, łamanie w kościach, ból głowy i gorączka, były takie same. W hiszpance właśnie bóle głowy i gorączka były szczególnie silne, jednakże nie wszyscy przechodzili ją jednakowo. Większość ludzi przechodziła ją lekko. Oceniano, że jest ona „z natury rzeczy bagatelna, szczególnie gdy dobrze się szanować”, ale u osób niedożywionych lub mających problem z ogrzewaniem domów (a przecież wiele z nich leżało wciąż w gruzach!), przy silnej gorączce przechodziła w zapalenie płuc, a to często kończyło się zgonem.

Czy teraz, po opisie objawów i przebiegu owa choroba z czymś się Wam kojarzy? Ale w przeciwieństwie do koronawirusa, ta grypa najmocniej atakowała młodzież.

Już 5 października 1918 r. oceniano, że w Kolnie wielu ludzi zmarło na hiszpankę, a niektóre domy wyglądały jak szpitale, gdyż chorowały całe rodziny. Piszący o niej Michał Römer, będący wówczas sędzią pokoju w Kolnie, nabrał już przekonania, że ta plaga go ominie, ale zachorował następnego dnia. Choć była niedziela, byłby się nie zwlókł z łóżka za wyjątkiem obiadu, ale wieczorem był zaproszony na imieniny do Franciszka Stachelskiego, swoją drogą bardzo ciekawej postaci, wartej osobnego opisania. Chciał skorzystać z tej okazji, licząc na zbawienne dla osoby zaziębionej działanie mocnych trunków. W końcu jeszcze nie był pewien, czy jego choroba na pewno była hiszpanką, czy też jednak czymś bardziej pospolitym. Niestety, brak następnych wpisów w prowadzonym regularnie przez niego dzienniku przez cały tydzień, jednoznacznie wskazuje, że przechodził cięższą chorobę.

W 1890 r. po raz pierwszy przyszła grypa (influenza) w sposób podobnie epidemiczny jak hiszpanka. Uchodziła wówczas za nową, nieznaną chorobę. I choć nie mamy o jej przebiegu w Kolnie jakiegokolwiek opisu, śmiało można powiedzieć, że to była jedna z najbardziej śmiercionośnych epidemii w historii miasta. W księdze stanu cywilnego kolneńskiej parafii za ów rok odnotowano aż 446 zgonów, choć rok wcześniej tylko 262. Przez kolejne dwa lata była ona zbliżona do 300 i dopiero w 1893 r. można było stwierdzić definitywny koniec okresu epidemicznego, udokumentowany 259 zgonami.

Cholera

Żadna inna epidemia nie miała tak spektakularnego przybycia w nasze strony, jak właśnie cholera z 1831 r. Przybyła wraz z wysłaną do tłumienia powstania listopadowego armią rosyjską, a już wkrótce zmarł na nią głównodowodzący wojsk rosyjskich Iwan Dybicz. Jego ciało usiłowano szybko sprowadzić do Sankt Petersburga najbezpieczniejszą drogą przez Prusy, ale Prusacy poddali trupa kwarantannie na pogranicznym cmentarzu w Dłutowie, niecały kilometr od Wincenty.

Dybicz już w kwietniu określał dzienną ilość zachorowań w swej armii na 80-100 ludzi, z czego połowa umierała. W rzeczywistości było jeszcze gorzej, bo w niektórych pułkach zapadało na cholerę po 40-80 ludzi dziennie i trzeba je było izolować. Pruski attache wojskowy von Dallwitz ocenił, że z początkiem czerwca w armii Dybicza chorowało ok. 9 tys. ludzi.

Kolno i Łomża należały do jednych z pierwszych miast Królestwa Polskiego, które były nią zainfekowane i z początkiem lipca choroba szalała już w najlepsze. W parafii kolneńskiej wykazano w owym roku 326 zgonów, choć rok wcześniej i rok później ich liczba nie przekraczała 200. Pamiętać jednak należy, że prócz chorób do nadmiernej śmiertelności przyczyniły się wtedy straty wojenne i związany z nimi wynik pożaru miasta.

Nie całkiem jasne są okoliczności towarzyszące drugiej fali cholery z 1846 r. Odnotowano jej wystąpienie, wskazano Wieszałki jako miejsce grzebania ciał osób zarażonych, ale nic konkretnego o zachorowaniach w Kolnie nie udało się ustalić. W księgach zmarłych pojawił się istotny wzrost do 376 w 1847 r., ale przez dwa lata przed nim i rok po wskaźniki zgonów też były stosunkowo wysokie, wynosząc odpowiednio 280, 264 i 262, podczas gdy w 1844 zmarło tylko 168 osób, a w latach 1849-1850 odpowiednio 205 i 135 osób. Wskazuje to na istotny inny czynnik, niż  te dostrzegane przez lekarzy, chorobę roślin – zarazę ziemniaczaną. Właśnie w owym czasie została ona zawleczona do Europy, niszcząc uprawy i zapasy bezcennych dla naszych przodków kartofli. Ludzie niedożywieni znaczniej łatwiej zarażali się bakteriami i wirusami, stąd aż tak wzmożona śmiertelność mimo braku oznak konkretnej epidemii.

Inaczej było w 1866 r., gdy kolneńską epidemię szczegółowo opisał miejscowy lekarz, dr Antoni Tymiński. Pierwszy jej przypadek w Królestwie Polskim odnotowano w owym roku 21 lipca. Podobnie jak hiszpanka, uderzyła ona w Kolno z początkiem września. Pierwsze zachorowania pojawiły się w mieście pojedynczymi, zdawałoby się - izolowanymi przypadkami, które dodatkowo cechowały się łagodnym przebiegiem choroby.

Od 6 do 29 września zachorowało jedynie 14 osób, a z nich zmarło zaledwie dwie. I gdy wydawało się, że miasto i okolica szczęśliwie ma już epidemię za sobą, zaraza uderzyła mocno. Tylko 30 września zachorowało 38 osób, w większości Żydów, którzy mieszkali w nędzy i ciasnocie, a ich tanie domy określano mianem zanieczyszczonych różnymi wyziewami. Przez kolejne osiem dni cholera utrzymywała podobne natężenie, gdyż zapadało na nią dziennie po 35-40 osób. Ponieważ w mieście był wówczas tylko jeden lekarz, mający do pomocy jednego felczera (osoba zajmująca się medycyną, lecz bez studiów lekarskich), ich siły były u kresu wytrzymałości. Szczyt zachorowalności odnotowano 4 października, w którym zachorowało 58 osób, a zmarło ponad ćwierć setki. Ówczesne miasto liczyło 4560 mieszkańców, co oznacza, że tylko tego jednego dnia zachorował ponad 1 procent obywateli Kolna! Na szczęście już wkrótce, bo 8 października, epidemia zaczęła nagle słabnąć i to tak samo co do liczby nowych zachorowań, jak i w odniesieniu do przebiegu samej choroby w konkretnych przypadkach. Dzień później przybyło już tylko pięciu nowych chorych, a w następnych dniach zaraza w mieście wygasała tak, że 20 października nie było już nowych przypadków, ponadto wszystkie 82 osoby chorujące jeszcze 30 października wyzdrowiały. Jak gigantyczna to zmiana, podkreśla fakt aż 79 zgonów w ciągu wcześniejszych 7 dni. Natomiast pojawiły się nowe ogniska zachorowań w sąsiednich wsiach, a konkretniej Zabielu, Czerwonem i Koźle. Stamtąd rozeszła się na inne wsie – do Wincenty, Rupina, Rakowa, Porytego i Korzenistego, ale po wsiach epidemia miała już znacznie łagodniejsze przebiegi i nie niosła tak wielkiego zagrożenia, choć całkowitego wygaśnięcia dr Tymiński nie mógł ogłosić jeszcze w listopadzie.

Przez cały okres trwania epidemii w mieście zachorowało 401 osób (co stanowiło aż 9% populacji miasta), w tym aż 355 Żydów, co wyraźnie wskazuje, kto w owym czasie miał gorszy dostęp do czystej wody. Zgony natomiast rozłożyły się już bardziej proporcjonalnie. Na 112 zmarłych na cholerę mieszczan wypadało 16 chrześcijan i 106 starozakonnych, co oznaczało odpowiednio 35 i 30% chorujących. W Zabielu zachorowało 28 osób – zmarło aż 12, w Koźle z 7 chorych zmarło aż 5, w Rupinie z 2 chorych jednemu nie udało się wyzdrowieć, w Rakowie z 3 zmarł tylko jeden, w  Czerwonem z 12 chorych zmarło 3, w Porytem podobnie z 4 chorujących zmarł jeden. W Wincencie i Korzenistem zapadło po jednej osobie, ale wszyscy szczęśliwie wrócili do zdrowia. Łącznie w najbliższej okolicy miasta zachorowało 58 osób i połowa z nich nie doczekała ozdrowienia.

Okazało się, że w całym ówczesnym Królestwie Polskim taka skala zachorowalności była ewenementem. Większym odsetkiem chorych wykazały się jedynie Chorzele i Tykocin oraz, jakby się nie patrzeć, ludniejsza Częstochowa, w której powstrzymanie epidemii utrudniał ciągły ruch pielgrzymkowy. Jeszcze lepiej skalę powagi sytuacji w Kolnie oddaje fakt, że w całym Królestwie Polskim zachorowało na cholerę około 40 tysięcy ludzi, czyli kolneńscy chorzy stanowili aż 1%, podczas gdy wszyscy obywatele miasta stanowili mniej niż 0,1% ludności kraju! Zmarłych w wyniku tej epidemii grzebano w mogiłach na Wieszałkach, gdzie pojedyncze krzyże stały jeszcze w latach pięćdziesiątych XX w. Choć najmocniejsza faza zachorowań już przeszła, nie odsunęła cholery całkowicie. Pojedyncze zachorowania zdarzały się jeszcze w Kolnie, Stawiskach, Ostrołęce i Szczuczynie na przełomie 1872 i 1873 r., a bezpośrednio po niej uderzyła ospa. Z dużą dawką prawdopodobieństwa to właśnie kolneńskie „morowe powietrze” było przyczyną, dla której ludność miasta spadła ze znacznej na ów czas liczby 4560 mieszczan w 1866 r. do 3715 w 1869 r.

Cholera znów dała znać o sobie w listopadzie 1893 r., powodując co prawda niewielką liczbę zachorowań, ale z 5 osób u których ją stwierdzono 21 listopada, zmarły aż 3, dwa dni później zachorowały następne 3 osoby, na szczęście bez dalszych zgonów. W księgach zmarłych objawiło się to niezbyt wielkim wzrostem zgonów z 259 w 1894 r. do 323 w 1895 r. Choroba ta pojawiła się w Kolnie jeszcze w 1906, jako izolowany przypadek, z którym poradzono sobie bez większych trudności.

Ospa

Ospa, choć była znana co najmniej od średniowiecza, pozostawała groźną chorobą, na którą nie było skutecznego lekarstwa aż do trzeciej ćwierci XIX w. Zdawano sobie sprawę z tego, jak może być groźna, a jednocześnie wskutek regularnych jej nawrotów nie wywoływała nadmiernej trwogi. Bardzo często towarzyszyła ludziom osłabionym uderzeniami epidemii innych chorób zakaźnych, jakby jednego nieszczęścia było mało. Tak właśnie było bezpośrednio po zapanowaniu nad cholerą w 1873 r., gdy bezpośrednio po niej uderzyła ospa. Jednak alarmujący ton doniesień lekarza powiatowego nie przekłada się na ilość odnotowanych wówczas zgonów, które przy wygasającej epidemii cholery liczyły w 1873 roku 301 przypadków, zaś w latach 1874 i 1875 każdorazowo niewiele ponad 200. Wskazuje to na rozproszone i nieintensywne przypadki zachorowań na tę niesłychanie groźną chorobę.

Znane nam przypadki ospy, choć liczne, nie nabrały charakteru osobnej epidemii, jednak z dużą dawką prawdopodobieństwa to właśnie kolneńskie „morowe powietrze” było przyczyną, dla której ludność miasta spadła ze znacznej na ów czas liczby 4560 mieszczan w 1866 r. do 3715 w 1869 r.

Ospę odnotowano w Kolnie ponownie w 1885 r., gdy została przywleczona z sąsiedniego powiatu szczuczyńskiego, na szczęście znów nie mamy potwierdzenia, aby rozwinęła się do skali epidemii. Ilość zgonów w owym roku znów poszybowała z 206 przypadków w 1884 r. do wysokiego poziomu 337, ale już w rok później wróciła do normalnej liczby 258 zmarłych. Jednoznaczną ocenę tego zjawiska utrudnia fakt, że w owym okresie posada lekarza powiatowego nie była obsadzona. Właściwie, to w Kolnie nie było w ogóle lekarza. Jak bardzo obawiano się takiej sytuacji, celnie wypunktował anonimowy i bardzo utalentowany kolnianin, przesyłając do satyrycznego pisma Kolce telegram z Kolna datowany na 2 września 1887 r., o treści:

„Nie wszyscy u nas są zdrowi,

Wszystkim chorować się zdarza,

A więc wołamy gwałtownie

Lekarza!

Nie jeden złoży ofiarę

U Eskulapa ołtarza,

Ale na Boga przyszlijcie

Lekarza!

Miasto bez żadnej pomocy,

Nie jeden z bólu się tarza,

Gdy brzuch go boli, lub boki.

Lekarza!

Panię radczynię prą kolki

I regentowa też chora,

A więc kawałek przyszlijcie

Doktora!

Jeżeli nie ma wolnego

(Co często wszędy się zdarza)

To choć przyszlijcie tymczasem…

Weterynarza!

Boleusz Chorobnicki”

Powodzenie swej twórczości – wciąż w tym samym temacie – rozwinął następnym telegramem z 16 września 1887, stanowiącym odpowiedź na poprzedni:

„Pereat mundus, fiat justitia!

Niegodne bywa kłamstwo bez miary,

Więc często za nie ziemska policja

Ciągnie… do kary!

Wprawdzie nie było u nas doktora

Lecz mamy za to zawsze felczera,

Gdy więc się zdarzy jednostka chora,

Prędko… umiera!

Felczer, mosanie, głowa nie lada,

Wiedza się jego nie poniewiera;

Bo gdy poważnie chorobę zbada:

Chory… umiera!

Kłamstwo, że chorą jest regentowa;

(Zapewniam wszystkich, prawda to szczera),

Wprawdzie bolała ją kiedyś głowa

Bóg strzegł… felczera!

Prawdzic Zdrowicki

Przypisek referenta telegramów.

Dobre to wszystko co Prawdzic plecie,

Że ten jest zdrowy i ta nie chora,

Ale faktowi nie przecz pan przecie,

Bo wszakże w Kolnie nie ma doktora?”

Ospa przestała straszyć z końcem XIX wieku. Bardzo pomogły w jej wyeliminowaniu szczepienia dzieci, które na terenie powiatu kolneńskiego wprowadzono w 1872 r.

(Karol Jacek Stachelski)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (2)

DastinDastin

5 0

Teza o podobieństwie hiszpanki do covid- 19 chyba jest zdecydowanie na wyrost. Na hiszpankę chorowali głównie ludzie w wieku 20- 40 lat, a dzisiejsza pandemia największą śmiertelność notuje wśród ludzi po 70 roku życia. 21:17, 16.06.2020

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

DziałDział

1 4

Załóżcie dla Karolusa oddzielny dział i niech sobie pisze 21:44, 16.06.2020

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA