Sukces sportowy wyprawy został okupiony najwyższą ceną - w obozie III zmarł na obrzęk płuc przyjaciel zdobywców z KW Gliwice Andrzej Czok, wspinający się z Przemysławem Piaseckim.
- Nie lubię wracać wspomnieniami do tej wyprawy i nie nazywam sukcesem, bo zapłaciliśmy zbyt wielką cenę. Zastanawiam się teraz, po latach, czy mogliśmy zrobić coś więcej, by uratować Andrzeja. Nasza wiedza o medycynie górskiej była wówczas zerowa, zresztą niewiele lekarzy było specjalistami w tej dziedzinie. Andrzej miał problemy z krtanią, kaszlał tak jak my wszyscy. Był w kontakcie z lekarzem w bazie pod szczytem, który zalecał mu branie różnych lekarstw. Nikt z nas nie sądził, że podobne objawy jak nasze, przekształcą się u niego w coś bardziej poważnego, że to się „przełoży” na płuca i dojdzie do tragedii - powiedział PAP Wielicki, piąty człowiek na świecie, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli 14 ośmiotysięczników globu.
Kanczendzonga była jednym z trzech ośmiotysięczników, oprócz Mount Everestu (1980) i Lhotse (1988), na które Wielicki wszedł zimą. Jegor partner Kukuczka, drugi himalaista (po Reinholdzie Messnerze) z Koronę Himalajów i Karakorum, zginął na południowej ścianie Lhotse w 1989 r. Podczas ataku szczytowego Wielicki wyprzedził Kukuczkę i pierwszy dotarł na wierzchołek, mimo że musiał sobie zrobić przerwę i rozgrzewać zmarznięte nogi bijąc w buty czekanem.
- Miałem nienajlepsze, takie plastikowe buty, a było z 40 stopni mrozu. W pewnym momencie przy podchodzeniu nie czułem stóp, więc usiadłem i na wyrąbanej platformie na wysokości powyżej 8000 m tak z 40 minut obijałem czekanem nogi w butach wewnętrznych, by wróciło czucie. Warunki pogodowe były lepsze niż na zimowym Evereście, bo nie wiał huraganowy wiatr, ale trochę pobłądziliśmy w szczytowej grani, poszliśmy za wysoko po trawersach, potem trzeba było się cofać. Mieliśmy dobrą aklimatyzację z Jurkiem, bo wcześniej wspinaliśmy się na Lhotse i dotarliśmy do 8000 m. Wstrzeliliśmy się też w okno pogodowe, bo do żadnych prognoz pogody - tak jak jest teraz - wówczas nie mieliśmy dostępu.
- Byłem pierwszy na szczycie. Wiedziałem, że to jest to miejsce, bo były ślady po ostatniej wyprawie japońskiej. Przyznam, że nieładnie postąpiłem. Czekałem na Jurka trochę i jak zobaczyłem, że jest w kopule podszczytowej, tak z 40 metrów ode mnie, to zacząłem schodzić, nie czekając aż dojdzie do mnie, bo byłem zmarznięty. Minęliśmy się bez uściśnięcia ręki. W zejściu Jurek dogonił mnie i razem dotarliśmy do obozu IV - dodał.
W obozie IV na wysokości 7700 m, z którego wyruszyli po 6 rano zobaczyli, że nie ma w drugim namiocie dwójki Czok-Piasecki, która miała atakować wierzchołek w kolejnym dniu. Pomyśleli, że koledzy zeszli, bo zrezygnowali jednak z ataku. Rano, gdy połączyli się radiotelefonem z bazą dowiedzieli się, że Andrzej Czok zmarł w III obozie.
- Może gdyby był tlen medyczny w wyższych obozach udałoby się go uratować? Znaliśmy swoje możliwości, mieliśmy nasze bogate doświadczenie wysokogórskie, nikt wówczas nie myślał o wynoszeniu butli z tlenem medycznym wyżej, co obecnie jest standardem - ocenił himalaista.
Na Kanczendzondze, oznaczającej w języku tybetańskim „Pięć Skarbnic Wielkiego Śniegu", zaginęła w maju 1992 roku jedna z najwybitniejszych himalaistek świata Wanda Rutkiewicz.
W historii podboju trzeciej co do wysokości góry świata, niezwykle rozległego masywu nawet jak na warunki himalajskie, Polacy odegrali znaczącą rolę. W 1978 roku Eugeniusz Chrobak i Wojciech Wróż jako pierwsi stanęli na szczycie dziewiczych wówczas - Południowej Kanczendzongi (8494 m), a Wojciech Brański, Zygmunt Andrzej Heinrich i Kazimierz Olech na Środkowej (8482 m). Na Yalung Kang, czyli zachodnim wierzchołku (8505 m), nową drogę poprowadzili w 1984 r. Tadeusz Karolczak i Wróż.
Na szczyt główny, oprócz Wielickiego i Kukuczki, wspięli się także spośród biało-czerwonych: Piotr Pustelnik (15 maja 2001 r., 20. w historii zdobywca Korony Himalajów i Karakorum), Kinga Baranowska (18 maja 2009), Waldemar Kowalewski (25 maja 2023), Oswald Rodrigo Pereira i Bartosz Ziemski (27 maja 2024 r., ten drugi zjechał na nartach) oraz Dorota Rasińska-Samoćko z tlenem, przy pomocy Szerpów (12 maja 2022).
Olga Miriam Przybyłowicz (PAP)
olga/ cegl/
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Nie ma chętnych do zarządzania klubem
No i widzicie nie ma kasy i wszystko się wali .A gdzie ci społecznicy co medale podostawali za zasługi dla miasta . Niech się wykażą.
Ja
18:06, 2026-01-11
Nie ma chętnych do zarządzania klubem
Składka od stycznia od osoby juz wzrosła o 30zł. Ale w styczniu żaden trening sie nie odbył jeszcze bo boisko nie odśnieżone, no ale... składkę trzeba opłacić. . Wstyd by w takim warunkach pogodowych dzieci ćwiczyły na mrozie i w sniegu po kolana, gdzie dookoła tyle hal..
Monia
15:53, 2026-01-11
Nie ma chętnych do zarządzania klubem
Mamy takich wspaniałych radnych, którzy od wieku niemowlęcego działają charytatywnie, przecież oni angażują się we wszystkie społeczne inicjatywy, poświęcają swój czas bezpłatnie, na pewno pomogą. A nie, czekaj! :-D
Radni
15:35, 2026-01-11
Wylał gnojówkę pod domem ministra
Gwiazdowskiemu wylali przed domem i do piertla nikogo nie wsadzili na przesłuchanie ani nie było telefonu na Policję. A tutaj od razu ziel0na partia (P)ZSL zawiadamia organy do ścigania... Niby tak o demokracji pie...li, a pierwsi jak kiedyś czerwoni ludzi by...
ahhh zielono czerwon
15:15, 2026-01-11