Obóz jeńców radzieckich ? Dłutowo 1941-1944 (fragmenty artykułu Tadeusza Butlera)
09:23, 19.08.2014
Aktualizacja: 15:15, 23.10.2025
Krótko po przyjęciu mnie do pracy jako robotnika fizycznego w ?Getreidehandel Südostpreussen Gmbh Ankaufstelle Kolno? w 1942 r. wypadł mi po raz pierwszy wyjazd za granicę do stacji kolejowej Fischborn (Dłutowo) w Prusach Wschodnich. Sam fakt przekroczenia granicy III Rzeszy był dla mnie przeżyciem. Oto będę ?za granicą?.
Owa granica kojarzyła mi się z czymś wielkim i nieznanym, a nadto nieosiągalnym. Jadąc do Prus Wschodnich wiedziałem bez wątpienia, że spotka mnie podobne wrażenie Tym razem mój przyjazd był służbowy. Przed wojną byłem obywatelem wolnego kraju ? teraz Polakiem będącym pod okupacją ? ujarzmionym, zniewolonym i bezwolnym, ale... czy potulnym? Mój wyjazd był nie tylko służbowy z racji pracy w firmie niemieckiej, ale także jako rekonesans wywiadowczy z racji wywiadowcy ? konspiratora. Takie polecenie ustne otrzymałem od swojego dowódcy plutonu Związku Walki Zbrojnej. Celem moim było zorientowanie się w możliwościach zapamiętania wszystkiego, co może być użyte, szkodliwe i negatywne dla Niemców, a wprowadzone w praktyce przeciw nim i na ich szkodę. Na moje szczęście technika niemiecka nie była jeszcze tak doskonała. Trzeba więc było zapamiętać wszystko, co zdołały ujrzeć moje oczy. Za granicą bywali tylko nieliczni i różne były ich zainteresowania. Mnie musiało interesować to, co mogło Niemcom szkodzić. Podróż swoją mieliśmy odbyć furmanką w obydwie strony, gdyż tylko taki pojazd był dostępny w naszych warunkach Odcinek drogi z Kolna do Wincenty odbyliśmy bez żadnych wrażeń, poza tym, że w samej wsi - tu i ówdzie - zauważyłem odbudowywane, drewniane budynki przez gospodarzy. Za czasu niedawnych ?oswobodzicieli Bratnich Narodów? ci gospodarze - całe wsie przygraniczne - zmuszeni byli do rozbiórki domów, stodół i obór - i przesiedlenia się poza strefę przygraniczną. Strefa ta nie była dla wszystkich jednakowa. Dla niektórych wynosiła 3 km, dla innych 7 km od granicy. Z chwilą wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej - po paru tygodniach - władze pozwoliły im na powrót do swoich wsi i odbudowania gospodarstw. Pracowali więc jak mrówki wznosząc budynki mieszkalne, stodoły, obory i komórki, aby jako tako gospodarować Nie tylko ta wieś, ale i inne, leżące zbyt blisko granicy były wysiedlane. To tak dla bezpieczeństwa ? czyjego? Po takim oczyszczeniu terenu, pozostało jedynie: wojsko, ptactwo i zwierzęta w lasach. ?Pograniczna pałasa? była terenem, przez który nawet przysłowiowa mysz nie miała prawa bez ?razreszenija? przemycić się, a cóż dopiero człowiek. Jednak mimo takiej obstawy, bywały przypadki przejścia przez granicę, niekoniecznie tam, gdzie była szczelna obstawa. Być może takich, którzy uciekali przed okupantem niemieckim, a w wpadali jak ?z deszczu pod rynnę? było niewielu. Najczęściej byli przeprowadzani przez dobrze znających teren przewodników. Po wybuchu wojny ze Związkiem Radzieckim, na tych terenach był już jeden okupant. Upłynęło już prawie pół roku, a tereny przygraniczne zaludniły się i znacznie ożywiły. Ziemie po dwuletniej prawie przerwie odpoczęły i wydały znacznie wyższe plony, choć niezbyt obfite. Ziemie te nie należały i nie należą do najżyźniejszych. Paromorgowe gospodarstwa dla dobrego gospodarza są podstawą do wyżywienia rodziny i dobytku. Przejeżdżając wolno przez wieś odgrzebywałem z pamięci zapomniane miejsca w znajomej przecież wsi Biedne, drewniane chaty, tu i ówdzie widocznie niedawno wzniesione, rzucały się w oczy. Gospodarstwa biedne, oparkanione drewnianymi sztachetami w zależności od zamożności gospodarza, były zagrodzone nawet żerdziami lub drutem kolczastym. Budynek byłej siedziby straży granicznej, usytuowany prawie przy końcu wsi po lewej stronie, z daleka już rozpoznałem po dwóch kolumnach przy wejściu frontowym. Był on obskurnie odrapany i tak, jak jego otoczenie zniszczony. Wówczas był zamieszkiwany przez gospodarzy, którzy jeszcze nie zdołali się odbudować. Tuż za wsią skręciliśmy w lewo i po chwili moim oczom ukazał się po raz pierwszy w życiu oglądany widok. W mojej pamięci pozostał on do końca życia. W odległości paru metrów od szosy prowadzącej tuż za mostem nad rzeczką Wincentą, i dalej ku posterunkowi granicznemu oddalonemu o około 500 m, po lewej stronie, jak okiem sięgnąć rozciągała się równina. Prawie na horyzoncie, aż po rosnące nad rzeką Pisą drzewa, gdzieś tam ciągnęły się ogrodzenia z drutu kolczastego. Odległość ta według mojej oceny, wynosiła około 700 - 900 m. W prostokącie tym 500m na 900 m, zlokalizowany był obóz jeńców radzieckich Został on utworzony po czerwcu 1941 roku. Początków jego budowy nie widziałem, lecz był on stale rozbudowywany w miarę, jak przybywali jeńcy. Kiedy go ujrzałem po raz pierwszy istniał już ponad półtora roku. Teren ogrodzony był podwójnym szeregiem drutów kolczastych będących pod napięciem elektrycznym na słupach drewnianych wysokości około 2 - 2,3 m. Słupy oddalone były 4 - 5 m od siebie. Rzędy drutów oddalone były od siebie o około 2 - 2,5 m. W rzędzie zewnętrznym ogrodzenia usytuowane były strażnice drewniane na słupach z wejściem drabiniastym lub schodami, wysokie na około 3 ? 3,5 m, w których czuwały posterunki uzbrojonych w broń automatyczną strażników. Strażnice posiadały dach chroniący przed opadami, co pozwalało nawet podczas silnych deszczów czuwać nad jeńcami. Dziś trudno mi wyjaśnić, jak gęsta była sieć oświetleniowa obozu, a że takowa była to bezsprzeczne. Wewnątrz rozciągały się rzędy ziemianek lub baraków drewnianych parterowych. Ziemianki były budowlami - jak podałem na szkicu z pamięci- wystającymi do 1,8 m ponad ziemię. Każda z nich obsypana była warstwą ziemi jako ocieplenie wnętrza przed mrozami. Kiedy oglądałem obóz po raz pierwszy, nie zauważyłem na jego terenie nawet źdźbła trawy, ani choćby małego krzewu. Nad wystającymi nad teren ziemiankami, sterczały, jako wentylacja, drewniane kominki z desek na około 30-50 cm. Z niektórych - a była to pora późnej jesieni - wydobywały się słabe dymki. Wniosek prosty: ogrzewano ? czym? W innych porach, a także zimą była to raczej wentylacja wnętrza. Ile było tych ziemianek w boku prostokąta przylegającego do szosy? Nigdy nie zdołałem zliczyć (a może już nie pamiętam). W boku zaś prostopadłym, nawet nikt nie odważyłby się liczyć, bowiem koniecznym było przejście wzdłuż niego, a to równałoby się narażenia na niechybną śmierć. O zbliżeniu się nawet do ogrodzenia obozu nikt z nas nie pomyślał. Dzień i noc czuwali w wieżach, strażnicy uzbrojeni w schmeissery. Od strony punktu kontroli granicznej, odgrodzone od pozostałej części obozu, usytuowane były baraki drewniane - parterowe- dla straży obozu. Baraki te były co pewien czas rozbudowywane. Na początku mojej bytności tych baraków było pięć. Przeznaczenia ich trudno było dociec, ale na pewno mieściła się w nich komenda i administracja obozu. Na całym terenie, nawet obok wspomnianych baraków nie zauważyłem żadnego drzewa, ani krzewu - nawet małego. Cały teren obozu, nawet między ziemiankami zryty był ziemią. Był to swoisty kontrast między na przykład rowem przyległym do ogrodzenia, czy polem po stronie prawej szosy, a widokiem w obozie. Na terenie obozu czasem widoczni byli jeńcy spacerujący parami lub w grupach. Ubrani byli w swoje wojskowe szynele koloru buro-zielonego, na głowach okrągłe czapki lub furażerki. Każdy z nich posiadał na plecach wypisane białymi, wysokimi na 15 cm literami ?SU?. Jak się dowiedziałem po pewnym czasie, gdy stykaliśmy się z nimi na rampie kolejowej, zatrudniani do różnych prac na rzecz obozu mówili, że obóz liczył w pewnych okresach od 8 do 12 tys. jeńców. W roku 1942 jeszcze nie byli tak wynędzniali jak później. To były istne szkielety ludzkie Racje żywnościowe na pewno były głodowe, bo sam wygląd ich świadczył o tym. Zapadnięte oczy i policzki, a skóra na twarzy blada, anemiczna, bez cienia różowego koloru. Byli tak wygłodzeni, że na nasz widok siedzących na furmankach, wyciągali ręce prosząc o cokolwiek do zjedzenia. Co odważniejszy z gospodarzy jadących furmankami rzucił ziemniak lub brukiew, obserwując, czy przypadkiem nie spogląda w tym kierunku strażnik z wieży. Ponieważ zwykle był to dość długi rząd furmanek wiozących zboże kontyngentowe do kolei w Dłutowie, trudno było nawet i takiemu strażnikowi zauważyć z której furmanki rzucony był jakiś przedmiot lub pół bochenka chleba. Takie czyny w początkowym okresie okupacji niemieckiej były ze strony nas ? Polaków - może nie tyle ryzykowne, jak w okresie późniejszym okupacji. Nie znaliśmy jeszcze terroru i brutalności wobec ludzi innej narodowości. To były odruchy zwykłych ludzi, reagujących na głód, nędzę i poniewierkę człowieka. Tak niedawni ?oswobodziciele? naszych terenów i sprzymierzeńcy tych, którzy ich teraz gnębili, byli traktowani gorzej jak zwierzęta. Ryzyko więc następstw za rzucenie ziemniaka jeńcowi istniało, ale żaden z nas nie zdawał sobie z takiego czynu sprawy. Po przejechaniu odcinka szosy o szerokości boku obozu w odległości około 70 - 100 m od końcowego narożnika, usytuowany był punkt kontroli granicznej ze znakiem ?Halt?. Posiadał on szlaban i budkę strażniczą z co najmniej dwoma żandarmami uzbrojonymi w automaty. W latach 1941 ? 1942 byli to przeważnie ludzie w młodszym wieku, zaś później przeważnie Mazurzy - starsi wiekiem - rozumiejący i mówiący gwarowo po polsku. Im gorsze były ?sukcesy? frontowe, to i tych zastępowali kalecy po 50-tce i starsi. Z tymi można było nawet porozmawiać na tematy zakazane powszechnie. Powracając jeszcze do samego obozu. Tuż za ogrodzeniem obozowym z siatki - nie należącym do obozu - wznosił się budynek piętrowy ?Grence żandarmerii?, mieszczący komendę obozu, biura i inne działy niezbędne do jego funkcjonowania. Być może były pomieszczenia przeznaczone także dla potrzeb punktu granicznego, ponieważ zmiany posterunku posiadały tam swoje lokum. O ile mnie pamięć nie myli nad bramą wjazdową do obozu był napis: ?Kriegsgefangene Sowietiche lager?. Po obydwu stronach bramy czuwali uzbrojeni strażnicy z automatami Sam obóz był stale w rozbudowie, a ściślej baraki dla straży obozowej. Był okres, kiedy na rampie kolejowej w Fischborn składane były gotowe elementy baraków drewnianych. Całe ściany łącznie z otworami okiennymi i drzwiami, ściany, podłogi i elementy więźby dachowej. Tych elementów były znaczne ilości i z rampy przewożone były na plac składowy, którego teren mógł obejmować ok. 180 x 250 m. Do wyładunku ich z wagonów i dalej na plac składowy zatrudniani byli jeńcy obozowi. Przewożono je wózkami dwukołowymi lub przenoszono ręcznie. Jeńców była zwykle niewielka grupa pilnowana przez dwóch, trzech strażników uzbrojonych w automatyczną broń - schmeissery. Wśród nich trafiali się i Mazurzy (ale już w 1943 i 1944 r.) mówiący swoją gwarą, którzy chętnie nawiązywali z nami rozmowy. Przychodzili także i jeńcy, gdy wagony z elementami barakowymi sąsiadowały z wagonami załadowywanymi zbożem. Jeńcy byli potwornie wynędzniali z głodu Bywało, że mimo tkwiących w nas animozji i nieprzyjemnego do nich stosunku z okresu ich władzy na naszych terenach, kiedy przeszła nawała wojenna i znaleźli się w skrajnie odmiennych warunkach, nawet i żal nam ich było. Byli to wszak także ludzie. Bywało, że podzieliliśmy się z nimi posiadanym drugim śniadaniem, kromką chleba lub kawałkiem słoniny, uważając na strażników. Pewnego razu zdarzyło się, że jeniec rozmawiający z kolegą moim został przez strażnika ostro obrugany i postraszony automatem. Niemiec coś tam szwargotał głośno, ale to nie zrobiło na jeńcu żadnego wrażenia. Albo nie rozumiał, albo zobojętniał na ruganie. Mógł jedynie wyczuć intencję strażnika po jego marsowej minie i słowach ?weg, weg, zu arbait?. Przeważnie jeńcy trzymali się grupy, bowiem oddalenie się pod byle pozorem było karane i żaden z nich nie chciał ryzykować. Nie zdarzyło się w czasie naszej tam obecności, tj od 1942 r. do maja 1944 r., aby któryś ze strażników strzelił do więźnia, lub w inny sposób skarał. Bez wątpienia traktowanie ich w obozie było bardzo surowe, a racje żywnościowe głodowe. Warunki sanitarne także były poniżej minimum. Świadczyła o tym epidemia tyfusu, dyzenterii (krwawa biegunka) i innych chorób spowodowanych niedożywieniem i nieludzkimi warunkami antyhumanitarnymi w obozie, a także wszawicą. Na własne oczy widziałem jeńca zatrudnionego do prac na rampie kolejowej, po którym wszy chodziły ?piechotą? - jak niezbyt żartobliwie mawialiśmy. Inny jeniec na moment zdjął koszulę - być może celowo, aby nam pokazać - a całe ciało miał skrościałe i ścięte przez wszy. Skutkiem panowania takich warunków były masowe zgony w obozie. Już przed listopadem 1942 r. działo się tam źle Później, zimą 1942/1943 i wiosną bardzo często widziałem trupy ludzkie, a właściwie szkielety, które na platformach dwukołowych wywożone były z obozu przez innych jeńców nie różniących się pod względem kondycyjnym od tych martwych. Taka kawalkada dwukółek 8 - 10 szt., jedna za drugą, toczyła się szosą od obozu do wsi Wincenta, do lasu za wsią. Tam wykopane były doły grzebalne po lewej stronie wsi, w odległości 10 - 15 m. od szosy. Często też widywaliśmy żółty piasek usypywany w kopce, co świadczyłoby o dużych dołach - ich głębokości i długości. Nigdy ze względów bezpieczeństwa nie zbliżaliśmy się do tych miejsc. Obóz był stopniowo zasilany nowymi jeńcami do połowy 1943 r. Później, stale z miesiąca na miesiąc kurczył się na skutek wymienionych już czynników. Niemcy - czasem w rozmowach na rampie kolejowej ? mówili, że jeńcy są wywożeni. Gdzie? My to widzieliśmy i wiedzieliśmy dokąd! W rozmowach tego miejsca nie uściśniali. My, widywaliśmy te podróże na własne oczy. Być może poza lasem pod Wincentą istniały także i inne miejsca ukrywane przed ludzkimi oczami. Być może wywozili ich co silniejszych i zdrowszych jako darmową siłę roboczą do różnych prac w pobliskich miejscowościach jak: Jochanisburga, Allensteinu, Königsbergu? Do maja 1944 r. było jeszcze w obozie kilka tysięcy (około 2 - 3) jeńców. Tadeusz Butler (Gdynia) Z całym tekstem można się zapoznać kupując Zeszyty Kolneńskie. Te można nabyć w Agencji Reklamowej Caterina przy ulicy Kolejowej 2 w Kolnie